"Stażysta haruje. Czy awansuje?"
Wywiad z dr. Wiktorem Wojciechowskim w Metrze: "Stażysta haruje. Czy awansuje?"
link do artykułu
Staże to pułapka dla młodego pokolenia - alarmują absolwenci. Jedni narzekają na wyrobnictwo za pół darmo i wciąż są bez pracy. Inni przyjmują mało ambitne warunki i czasem zdobywają etat
Robota od świtu do nocy, harowanie dla patrona, wykorzystywanie do załatwiania prywatnych spraw starszych kolegów, i wszystko to za darmo. Tak na niektórych aplikacjach szkoli się przyszłych adwokatów i radców prawnych - napisaliśmy w poniedziałek w "Metrze". Zaniepokojony Generalny Inspektorat Pracy szuka podstawy prawnej, by skontrolować sytuację aplikantów w kancelariach.
Skarżą się nie tylko prawnicy - dostaliśmy listy od filologów, bankowców czy biotechnologów. Zdaniem większości, rozpowszechnione w kryzysie staże to pułapka dla młodego pokolenia - konserwują bezrobocie wśród absolwentów, bo firmy wolą wziąć niskopłatnego stażystę niż zatrudnić kogoś na etat. Inni piszą, że choć dawali się na stażu wykorzystywać, to nie żałują, bo dziś właśnie w takim trybie młodzi zdobywają pracę. Kto ma rację?
Kserowanie i lizusostwo? Nigdy więcej!
Alicja (27 l.) absolwentka anglistyki z Poznania: - Po uzyskaniu tytułu magistra w czerwcu 2008 r. wyjechałam za granicę na studia podyplomowe i aby doszlifować niemiecki. Po roku wróciłam i zaczęłam szukać pracy. Pracodawcy głównie narzekali, że nie mam doświadczenia zawodowego. - Trzeba się było przenieść na zaoczne studia - mówili.
Załapałam się na staż do kancelarii prawnej - 900 zł na rękę. Obiecywano mi, że wiele się nauczę, że będę zajmować się tłumaczeniami prawniczymi. W rzeczywistości przez osiem godzin dziennie przepisywałam bazy danych. Tę pracę mogli robić ludzie po podstawówce. Myślałam, że to tylko na początek, a potem dostanę poważniejsze zadania, które pozwolą mi rozwinąć skrzydła. Ale nie. Pytałam o obowiązki na przyszłość - zero konkretów. Więc po trzymiesięcznym stażu odeszłam.
Podpisałam umowę o pracę w banku. Trzymiesięczny okres próbny, 1500 zł, zatrudnienie w dziale obsługującym kontakty z zagranicznymi klientami. I rzeczywiście tu wykorzystywałam moje umiejętności. Tłumaczyłam korespondencję zagraniczną, dzwoniłam do klientów obcojęzycznych, uczyłam się praktycznego języka biznesowego. Ale odczułam wrogość i zazdrość zespołu, na moje prośby o pomoc odpowiadali: sama do tego dojdziesz, to nie jest trudne. W końcu zaczęłam im się odwdzięczać konkretnymi uwagami. Trzy tygodnie temu szefowa zapowiedziała, że nie przedłużą ze mną umowy. Zapytałam dlaczego, bo przez cały czas chwaliła moją pracę. Odpowiedź: redukcja etatów. Jednak później dowiedziałam się, że zespół mnie nie zaakceptował. Zastanawiam się, czy może powinnam być bardziej pokornym lizusem?
Zrobię sobie kilka tygodni przerwy i zacznę szukać nowego zajęcia. Z głodu nie umrę, bo za miesiąc dostanę jeszcze pensję, mam trochę oszczędności. Nie czuję presji, by podejmować jakąkolwiek pracę. Zależy mi na takiej, w której mogłabym wykorzystywać i szlifować umiejętności językowe. Może założę własną działalność? Na pewno nie podejmę już stażu, bo mam dosyć bycia bezmyślnym robotem. No, chyba że zagwarantowaliby mi, że to nie będzie kserowanie i przepisywanie. Albo że to potrwa najwyżej dwa tygodnie.
Zasuwałem za półdarmo i się opłaciło
Mikołaj z Krakowa (26 l.), zeszłoroczny absolwent Szkoły Głównej Handlowej: - Skończyłem finanse. Pracy zacząłem szukać, pisząc magisterkę. Już było słychać o kryzysie, ale dostawałem dużo odpowiedzi na moje CV. Niestety, same staże - za to mogłem w nich przebierać. Pomyślałem, że przynajmniej będę miał dobry punkt w CV. Wybrałem bank w stolicy: dwumiesięczny staż w ciągu wakacji, 900 zł na rękę. Pracownicy wyjeżdżali na urlopy i potrzebowali kogoś do czarnej roboty.
Przez pierwszy tydzień kserowałem fiszki i porządkowałem segregatory. W drugim dostałem stare prezentacje, w których miałem zaktualizować cyfry. Praca nudna jak nie wiem co, ale wkładałem w nią całe serce, bo coś chciałem robić. Uatrakcyjniałem prezentacje graficznie, zmieniałem kolorystykę. Pracowałem od 9 do 18 - wcześniej mało kto wychodził, więc ja też zostawałem.
Byłem jedynym stażystą. Gdy szefowa nie przydzielała mi pracy, pytałem kolegów, w czym im pomóc. Jeden dał mi coś do przepisania, inny prosił o radę jak zmienić sposób rozmowy z klientami, bo wpadł w rutynę. Dla żartów kazali mi zadzwonić do jednego klienta. I miałem szczęście, udało się: klient umówił się na spotkanie, poprosił o przesłanie oferty. Tym ująłem zespół, polubili mnie. Dowiedziała się o tym szefowa, która po dwóch miesiącach zaproponowała mi normalną pracę. Od września pracuję na etacie.
Zarabiam wystarczająco, by wynająć mieszkanie i się utrzymać. Może miałem szczęście, lecz uważam, że gdybym od początku był nastawiony na ten staż na zasadzie "co ja tu robię" albo "to poniżej mojej godności", to nie zdobyłbym tej pracy. Ale włożyłem w to wysiłek, przejąłem inicjatywę i to dało efekt.
Młodzi, to nie czas na pretensje
Z dr. Wiktorem Wojciechowskim, ekonomistą z Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju, rozmawia Michał Stangret
Pod koniec 2008 r. "Metro" zbadało postawy młodych Polaków (badanie SMG/KRC "Pokolenie wyżu"). O kryzysie było już coraz głośniej, choć zwolnienia jeszcze nie ruszyły. Młodzi byli bardzo pewni siebie: przekonani, że znajdą zatrudnienie, deklarowali, że nie zgodzą się na pracę poniżej kwalifikacji lub pensje poniżej oczekiwań. Na pytanie, czy zaakceptują obniżkę pensji dla utrzymania etatu, odpowiadali przecząco.
- W ciągu ostatniego roku sytuacja absolwentów na rynku pracy zmieniła się diametralnie. Poprzednie lata to był najlepszy okres w całym 20-leciu wolnej Polski. 10-procentowe wzrosty pensji w ciągu roku, rynek pracownika, który mógł przebierać w ofertach. Teraz pogorszenie perspektyw na szybki wzrost spowodowało, że wiele przedsiębiorstw wstrzymało rekrutacje. Najbardziej ucierpieli młodzi, wśród których bezrobocie - rzędu 20 proc. - jest dwa razy większe niż średnie dla całego społeczeństwa. Dziś to pracodawca przebiera, a absolwent puka do drzwi. A jeśli ma takie żądania płacowe jak koledzy przed rokiem, skazany jest na klęskę.
A skoro nikt nie otwiera drzwi z napisem "etat", to absolwenci chwytają się brzytwy i terminują jako stażyści. Wielu narzeka, że to harówka poniżej kwalifikacji, za nędzne pieniądze. A etatu i tak nie dostają.
- Badania pokazują, że w takich okresach jak teraz bardziej opłaca się godzić na niższą pensję, a nawet pracę za friko, podejmować staże i zdobywać doświadczenie niż miesiącami szukać ambitnego i dobrze płatnego zatrudnienia, niczym konkretnym się nie zajmując. Można przecież terminować i wciąż szukać. A pracodawca chętniej przyjmie do pracy osobę, która cokolwiek robi, bo to wiele mówi o jej potencjalnym zaangażowaniu.
A może lepiej o absolwencie świadczy to, że się wysoko ceni, niż że bierze cokolwiek?
- Nie w każdej firmie staż polega na kserowaniu i przepisywaniu dokumentów. Na rynku staży firmy konkurują ze sobą: należy w nich przebierać. Z drugiej strony nie można ustawowo zapisać, czym ma zajmować się stażysta, firma ma tu dowolność.
Po co firmom stażyści, skoro nie chcą ich potem zatrudniać?
- Stażyści to atrakcyjna siła robocza: pracują za darmo albo są dużo tańsi niż pracownicy etatowi. Ale co ważne i o czym niektóre młode osoby zapominają, staże to sposób rekrutacji nowych pracowników. Nawet jeśli firma nie planuje ich zatrudniać dziś czy jutro, to stanowią bufor, z którego pracodawca może skorzystać, gdy będzie zwiększał zatrudnienie. Wtedy to właśnie ci stażyści, którzy dziś przykładają się do obowiązków, w pierwszej kolejności dostaną telefon z propozycją pracy.
link do artykułu
Staże to pułapka dla młodego pokolenia - alarmują absolwenci. Jedni narzekają na wyrobnictwo za pół darmo i wciąż są bez pracy. Inni przyjmują mało ambitne warunki i czasem zdobywają etat
Robota od świtu do nocy, harowanie dla patrona, wykorzystywanie do załatwiania prywatnych spraw starszych kolegów, i wszystko to za darmo. Tak na niektórych aplikacjach szkoli się przyszłych adwokatów i radców prawnych - napisaliśmy w poniedziałek w "Metrze". Zaniepokojony Generalny Inspektorat Pracy szuka podstawy prawnej, by skontrolować sytuację aplikantów w kancelariach.
Skarżą się nie tylko prawnicy - dostaliśmy listy od filologów, bankowców czy biotechnologów. Zdaniem większości, rozpowszechnione w kryzysie staże to pułapka dla młodego pokolenia - konserwują bezrobocie wśród absolwentów, bo firmy wolą wziąć niskopłatnego stażystę niż zatrudnić kogoś na etat. Inni piszą, że choć dawali się na stażu wykorzystywać, to nie żałują, bo dziś właśnie w takim trybie młodzi zdobywają pracę. Kto ma rację?
Kserowanie i lizusostwo? Nigdy więcej!
Alicja (27 l.) absolwentka anglistyki z Poznania: - Po uzyskaniu tytułu magistra w czerwcu 2008 r. wyjechałam za granicę na studia podyplomowe i aby doszlifować niemiecki. Po roku wróciłam i zaczęłam szukać pracy. Pracodawcy głównie narzekali, że nie mam doświadczenia zawodowego. - Trzeba się było przenieść na zaoczne studia - mówili.
Załapałam się na staż do kancelarii prawnej - 900 zł na rękę. Obiecywano mi, że wiele się nauczę, że będę zajmować się tłumaczeniami prawniczymi. W rzeczywistości przez osiem godzin dziennie przepisywałam bazy danych. Tę pracę mogli robić ludzie po podstawówce. Myślałam, że to tylko na początek, a potem dostanę poważniejsze zadania, które pozwolą mi rozwinąć skrzydła. Ale nie. Pytałam o obowiązki na przyszłość - zero konkretów. Więc po trzymiesięcznym stażu odeszłam.
Podpisałam umowę o pracę w banku. Trzymiesięczny okres próbny, 1500 zł, zatrudnienie w dziale obsługującym kontakty z zagranicznymi klientami. I rzeczywiście tu wykorzystywałam moje umiejętności. Tłumaczyłam korespondencję zagraniczną, dzwoniłam do klientów obcojęzycznych, uczyłam się praktycznego języka biznesowego. Ale odczułam wrogość i zazdrość zespołu, na moje prośby o pomoc odpowiadali: sama do tego dojdziesz, to nie jest trudne. W końcu zaczęłam im się odwdzięczać konkretnymi uwagami. Trzy tygodnie temu szefowa zapowiedziała, że nie przedłużą ze mną umowy. Zapytałam dlaczego, bo przez cały czas chwaliła moją pracę. Odpowiedź: redukcja etatów. Jednak później dowiedziałam się, że zespół mnie nie zaakceptował. Zastanawiam się, czy może powinnam być bardziej pokornym lizusem?
Zrobię sobie kilka tygodni przerwy i zacznę szukać nowego zajęcia. Z głodu nie umrę, bo za miesiąc dostanę jeszcze pensję, mam trochę oszczędności. Nie czuję presji, by podejmować jakąkolwiek pracę. Zależy mi na takiej, w której mogłabym wykorzystywać i szlifować umiejętności językowe. Może założę własną działalność? Na pewno nie podejmę już stażu, bo mam dosyć bycia bezmyślnym robotem. No, chyba że zagwarantowaliby mi, że to nie będzie kserowanie i przepisywanie. Albo że to potrwa najwyżej dwa tygodnie.
Zasuwałem za półdarmo i się opłaciło
Mikołaj z Krakowa (26 l.), zeszłoroczny absolwent Szkoły Głównej Handlowej: - Skończyłem finanse. Pracy zacząłem szukać, pisząc magisterkę. Już było słychać o kryzysie, ale dostawałem dużo odpowiedzi na moje CV. Niestety, same staże - za to mogłem w nich przebierać. Pomyślałem, że przynajmniej będę miał dobry punkt w CV. Wybrałem bank w stolicy: dwumiesięczny staż w ciągu wakacji, 900 zł na rękę. Pracownicy wyjeżdżali na urlopy i potrzebowali kogoś do czarnej roboty.
Przez pierwszy tydzień kserowałem fiszki i porządkowałem segregatory. W drugim dostałem stare prezentacje, w których miałem zaktualizować cyfry. Praca nudna jak nie wiem co, ale wkładałem w nią całe serce, bo coś chciałem robić. Uatrakcyjniałem prezentacje graficznie, zmieniałem kolorystykę. Pracowałem od 9 do 18 - wcześniej mało kto wychodził, więc ja też zostawałem.
Byłem jedynym stażystą. Gdy szefowa nie przydzielała mi pracy, pytałem kolegów, w czym im pomóc. Jeden dał mi coś do przepisania, inny prosił o radę jak zmienić sposób rozmowy z klientami, bo wpadł w rutynę. Dla żartów kazali mi zadzwonić do jednego klienta. I miałem szczęście, udało się: klient umówił się na spotkanie, poprosił o przesłanie oferty. Tym ująłem zespół, polubili mnie. Dowiedziała się o tym szefowa, która po dwóch miesiącach zaproponowała mi normalną pracę. Od września pracuję na etacie.
Zarabiam wystarczająco, by wynająć mieszkanie i się utrzymać. Może miałem szczęście, lecz uważam, że gdybym od początku był nastawiony na ten staż na zasadzie "co ja tu robię" albo "to poniżej mojej godności", to nie zdobyłbym tej pracy. Ale włożyłem w to wysiłek, przejąłem inicjatywę i to dało efekt.
Młodzi, to nie czas na pretensje
Z dr. Wiktorem Wojciechowskim, ekonomistą z Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju, rozmawia Michał Stangret
Pod koniec 2008 r. "Metro" zbadało postawy młodych Polaków (badanie SMG/KRC "Pokolenie wyżu"). O kryzysie było już coraz głośniej, choć zwolnienia jeszcze nie ruszyły. Młodzi byli bardzo pewni siebie: przekonani, że znajdą zatrudnienie, deklarowali, że nie zgodzą się na pracę poniżej kwalifikacji lub pensje poniżej oczekiwań. Na pytanie, czy zaakceptują obniżkę pensji dla utrzymania etatu, odpowiadali przecząco.
- W ciągu ostatniego roku sytuacja absolwentów na rynku pracy zmieniła się diametralnie. Poprzednie lata to był najlepszy okres w całym 20-leciu wolnej Polski. 10-procentowe wzrosty pensji w ciągu roku, rynek pracownika, który mógł przebierać w ofertach. Teraz pogorszenie perspektyw na szybki wzrost spowodowało, że wiele przedsiębiorstw wstrzymało rekrutacje. Najbardziej ucierpieli młodzi, wśród których bezrobocie - rzędu 20 proc. - jest dwa razy większe niż średnie dla całego społeczeństwa. Dziś to pracodawca przebiera, a absolwent puka do drzwi. A jeśli ma takie żądania płacowe jak koledzy przed rokiem, skazany jest na klęskę.
A skoro nikt nie otwiera drzwi z napisem "etat", to absolwenci chwytają się brzytwy i terminują jako stażyści. Wielu narzeka, że to harówka poniżej kwalifikacji, za nędzne pieniądze. A etatu i tak nie dostają.
- Badania pokazują, że w takich okresach jak teraz bardziej opłaca się godzić na niższą pensję, a nawet pracę za friko, podejmować staże i zdobywać doświadczenie niż miesiącami szukać ambitnego i dobrze płatnego zatrudnienia, niczym konkretnym się nie zajmując. Można przecież terminować i wciąż szukać. A pracodawca chętniej przyjmie do pracy osobę, która cokolwiek robi, bo to wiele mówi o jej potencjalnym zaangażowaniu.
A może lepiej o absolwencie świadczy to, że się wysoko ceni, niż że bierze cokolwiek?
- Nie w każdej firmie staż polega na kserowaniu i przepisywaniu dokumentów. Na rynku staży firmy konkurują ze sobą: należy w nich przebierać. Z drugiej strony nie można ustawowo zapisać, czym ma zajmować się stażysta, firma ma tu dowolność.
Po co firmom stażyści, skoro nie chcą ich potem zatrudniać?
- Stażyści to atrakcyjna siła robocza: pracują za darmo albo są dużo tańsi niż pracownicy etatowi. Ale co ważne i o czym niektóre młode osoby zapominają, staże to sposób rekrutacji nowych pracowników. Nawet jeśli firma nie planuje ich zatrudniać dziś czy jutro, to stanowią bufor, z którego pracodawca może skorzystać, gdy będzie zwiększał zatrudnienie. Wtedy to właśnie ci stażyści, którzy dziś przykładają się do obowiązków, w pierwszej kolejności dostaną telefon z propozycją pracy.


.jpg)
