Artykuł Andrzeja Rzońcy, nowego członka RPP
Wywiad z Andrzejem Rzońcą, nowym członkiem Rady Polityki Pieniężnej w Gazecie Wyborczej: "Życie Kowalskich będzie spokojniejsze".
link do artykułu
Życzyłbym sobie i nam wszystkim, aby kondycja polskiej gospodarki poprawiała się na tyle szybko, że Rada musiałby podnosić stopy na jednym z pierwszych wspólnych posiedzeń
Patrycja Maciejewicz: Powoli wychodzimy z kryzysu. W przeciwieństwie do całej UE, w której ceny gwałtownie spadły, w Polsce inflacja oscyluje na górnej granicy celu inflacyjnego. W jakim stopniu odpowiada za to Rada Polityki Pieniężnej?
Andrzej Rzońca*: Wolałbym nie oceniać ustępującej Rady, przynajmniej teraz, kiedy sam nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji dotyczącej polityki pieniężnej. Poza tym byłem doradcą poprzedniego prezesa NBP, mogłem z bliska przyglądać się podejmowaniu decyzji przez Radę przez pierwszą połowę jej kadencji.
Mogę tylko powtórzyć to, co mówiłem dużo wcześniej: RPP spóźniła się z podwyżkami stóp procentowych w latach 2007-2008. Za to opóźnienie, jak za każdy poważny błąd w polityce makroekonomicznej, gospodarka musiała zapłacić. W latach 2007-2009 inflacja była średnio o blisko 1 pkt proc. powyżej celu.
Bank centralny nie powinien dopuszczać do długotrwałych i znacznych odchyleń inflacji od celu. Im szybciej zareaguje na wzrost presji inflacyjnej, tym mniejsze zmiany stóp są potrzebne by przywrócić inflację do celu.
Ale nie zapominam o tym, jak RPP zareagowała np. na wzrost inflacji po przystąpieniu do UE. Życzyłbym sobie, aby nowa RPP potrafiła równie zdecydowanie działać.
Wielu ekonomistów akurat za tą determinację Radę krytykuje, uważając że zareagowała na administracyjny wzrost cen, który po roku zanikł. Inflacja niepotrzebnie spadła praktycznie do zera
Dzięki zdecydowanej reakcji podwyższona inflacja się nie utrwaliła i w kolejnych 2 latach mogliśmy się cieszyć z niskiej inflacji i niskich stóp procentowych.
Według październikowej projekcji opracowanej przez ekspertów NBP, inflacja w połowie 2010 roku spadnie poniżej celu, a wzrost PKB nie przekroczy 2 proc. Prezes Sławomir Skrzypek zdradził, że w nowej projekcji inflacja i wzrost PKB mogą być wyższe. Czy stopy procentowe pozostaną na rekordowo niskim poziomie?
Mogłyby takie pozostać tylko wtedy, gdy powróciłby powód, dla którego tak silnie je obniżono, tzn. ponownie zacząłby się rozlewać kryzys w światowej gospodarce
Życzyłbym sobie i nam wszystkim, aby kondycja polskiej gospodarki poprawiała się na tyle szybko, że Rada musiałby podnosić stopy na jednym z pierwszych wspólnych posiedzeń.
Jest oczywiste, że jeśli wzrost gospodarki, a co za tym idzie presja inflacyjna okazałyby się silniejsze niż dziś się przewiduje, wtedy decyzje RPP o ewentualnych podwyżkach stóp musiałyby przyjść szybko. To jest elementarz. Gdyby Rada tego nie zrobiła, to później musiałaby mocniej podnosić stopy. Mielibyśmy wyższą i bardziej zmienną inflację, wyższe i bardziej zmienne stopy procentowe oraz wolniejszy i bardziej zmienny wzrost gospodarki
Dziś najwięksi optymiści mówią o 4,5-proc. wzroście gospodarczym w tym roku.
To mało prawdopodobne. Z takiego spowolnienia, jakiego doświadczyła Polska w zeszłym roku, nie wychodzi się w ciągu roku. Osiągalny jest wzrost gospodarki o około 3 proc. i to przy założeniu, że złoty nie umocni się bardzo wyraźnie.
Polską gospodarkę będzie napędzać przetwórstwo przemysłowe, które pierwsze ucierpiało na kryzysie. Dopiero później poprawę odczuje sektor usług rynkowych. Dzięki lepszemu wykorzystaniu funduszy unijnych i finansowanym z nich inwestycjom infrastrukturalnym, nadal dobrze powinno radzić sobie budownictwo, choć w sektorze prywatnym inwestycje budowlane wciąż będą spadać.
Życie Kowalskich stanie się spokojniejsze. Mniej będzie w nim obaw o pracę, czy spłatę kredytu. Pojawi się więcej szans na podwyżki płac, choć raczej nie będą one duże.
Prezes NBP zapowiedział, że w tym roku bank zacznie publikować projekcję stóp procentowych. Jakie to ma znaczenie, skoro Rada jest do pewnego stopnia nieprzewidywalna?
Rada nie jest, a przynajmniej nie powinna być nieprzewidywalna. Nieprzewidywalne do pewnego stopnia są warunki, w jakich musi ona podejmować decyzje.
Badania dowodzą, że ewentualne korzyści z publikowania przyszłej ścieżki stóp procentowych są niewielkie - mniejsze niż z publikowania ścieżki inflacji i PKB, czy z dobrego poznania sposobu, w jaki ludzie formułują swoje oczekiwania wzrostu cen. NBP publikuje ścieżkę inflacji i PKB od kilku lat, a w badaniach oczekiwań inflacyjnych ma liczący się dorobek.
Z publikacją ścieżki stóp procentowych wiązałby się także inny praktyczny problem. O ile projekcja inflacji i PKB odzwierciedla poglądy ekspertów NBP, o tyle projekcja ścieżki stóp procentowych musiałaby odzwierciedlać poglądy RPP. Tymczasem, każdy członek RPP może inaczej widzieć ścieżkę inflacji i w różnym stopniu tolerować jej przejściowe odchylenia od celu. Problemem byłoby uzgodnienie ścieżki stóp procentowych. Nieprzypadkowo na palcach jednej ręki można policzyć banki centralne publikujące ścieżkę stóp procentowych.
Jak Pan ocenia rządową strategię chodzenia po bandzie - dług publiczny blisko granicy 55 proc. PKB?
Takie chodzenie po bandzie wydaje się być bardziej koniecznością niż strategią przy obecnym składzie parlamentu i uzależnieniu prezydenta od przywódcy opozycji. Znam dziesiątki zmian niezbędnych do ograniczenia rozdętych wydatków publicznych, ale ani jednej, którą byłby skłonny poprzeć prezydent. Tymczasem, bez ograniczenia rozdętych wydatków państwa nie da się trwale zredukować deficytu budżetu, który odpowiada za narastanie długu publicznego. Źródłem deficytu nie są przecież za niskie podatki.
Ten klincz nie zwalnia jednak rządzących, jeśli chcą modernizować kraj, z obowiązku przygotowania potrzebnych zmian - tak, aby można było je szybko wprowadzić wraz z ewentualną zmianą sytuacji politycznej. Mówię o obowiązku, bo uzdrowienie finansów publicznych jest warunkiem koniecznym szybkiego rozwoju, który bywa nazywany cudem gospodarczym. Choroba finansów publicznych, mająca 2 objawy: duży deficyt i wysokie ciężary podatkowe, oraz jedno źródło: rozdęte wydatki państwa jest tym, co najbardziej różni Polskę od tygrysów gospodarczych. Bez rozprawienia się z tą chorobą zapowiadanego cudu gospodarczego nie będzie.
Komisja Europejska oczekuje, że do 2012 roku deficyt spadnie do 3 proc. PKB.
Chciałbym, aby tak się stało, bo długotrwałe utrzymywanie wysokiego deficytu jest kosztowne.
Po pierwsze wysoki deficyt oznacza wyższe podatki w przyszłości.
Po drugie zmusza państwo do zadłużania się a odsetki od tego długu będą ograniczać wydatki państwa na cele prorozwojowe. A te politykom łatwiej ograniczyć niż odbierać przywileje socjalne.
Po trzecie pogłębia nierówności w dochodach między bogatymi a biednymi. Odsetki od długu publicznego państwo płaci osobom już zamożnym, tym które pożyczają mu pieniądze. Natomiast podatki, które państwo ściąga na opłacenie tych odsetek obciążają wszystkich - w tym również najbiedniejszych.
Po czwarte pochłania prywatne oszczędności, które mogłyby finansować inwestycje przedsiębiorstw.
Po piąte zwiększa niepewność co do przyszłych ciężarów podatkowych i stabilności gospodarki, a niepewność nie sprzyja inwestowaniu.
Wreszcie, wywołuje przypływy i odpływy zagranicznego kapitału portfelowego, co powoduje wahania kursu, utrudniające wymianę międzynarodową.
Aby sprowadzić deficyt poniżej 3 proc. PKB do 2012 roku, musielibyśmy od przyszłego roku ograniczać go mniej więcej o 2 proc. PKB rocznie. Przykłady innych krajów, a także nasze własne doświadczenia z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych dowodzą, że jest to wykonalne. W samych tylko krajach posocjalistycznych można wskazać blisko 40 takich epizodów.
Bez szybkiej reformy finansów nie mamy co myśleć o przyjęciu euro w 2015 roku. Warto zaciskać pasa?
Wprowadzenie euro oznacza dla Polski więcej korzyści niż kosztów. Pokazują to wszystkie znane im opracowania poważnych instytucji badawczych, w tym dwa raporty NBP i raport MFW.
Pozbędziemy się wprawdzie własnej polityki pieniężnej, ale koszty tego można minimalizować poszerzając zakres wolności gospodarczej. Koszty te będą tym mniejsze, im bardziej otwarta na wymianę międzynarodową i konkurencję będzie polska gospodarka. Wtedy mniejsze znaczenie będzie miał popyt krajowy, na który "własny" bank centralny mógłby wpływać.
Z kolei im mniej barier, ograniczających konkurencję będzie w niej występować, tym z większą łatwością przedsiębiorstwa będą dostosowywały się do różnych wstrząsów i nie będzie potrzeby sztucznego łagodzenia tych wstrząsów przez krajowy bank centralny.
Skoro korzyści z wprowadzenia euro są wyższe od kosztów nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy z tym zwlekać.
*dr Andrzej Rzońca jest nowopowołanym członkiem Rady Polityki Pieniężnej, wcześniej doradca Leszka Balcerowicza i wiceprezes fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.
link do artykułu
Życzyłbym sobie i nam wszystkim, aby kondycja polskiej gospodarki poprawiała się na tyle szybko, że Rada musiałby podnosić stopy na jednym z pierwszych wspólnych posiedzeń
Patrycja Maciejewicz: Powoli wychodzimy z kryzysu. W przeciwieństwie do całej UE, w której ceny gwałtownie spadły, w Polsce inflacja oscyluje na górnej granicy celu inflacyjnego. W jakim stopniu odpowiada za to Rada Polityki Pieniężnej?
Andrzej Rzońca*: Wolałbym nie oceniać ustępującej Rady, przynajmniej teraz, kiedy sam nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji dotyczącej polityki pieniężnej. Poza tym byłem doradcą poprzedniego prezesa NBP, mogłem z bliska przyglądać się podejmowaniu decyzji przez Radę przez pierwszą połowę jej kadencji.
Mogę tylko powtórzyć to, co mówiłem dużo wcześniej: RPP spóźniła się z podwyżkami stóp procentowych w latach 2007-2008. Za to opóźnienie, jak za każdy poważny błąd w polityce makroekonomicznej, gospodarka musiała zapłacić. W latach 2007-2009 inflacja była średnio o blisko 1 pkt proc. powyżej celu.
Bank centralny nie powinien dopuszczać do długotrwałych i znacznych odchyleń inflacji od celu. Im szybciej zareaguje na wzrost presji inflacyjnej, tym mniejsze zmiany stóp są potrzebne by przywrócić inflację do celu.
Ale nie zapominam o tym, jak RPP zareagowała np. na wzrost inflacji po przystąpieniu do UE. Życzyłbym sobie, aby nowa RPP potrafiła równie zdecydowanie działać.
Wielu ekonomistów akurat za tą determinację Radę krytykuje, uważając że zareagowała na administracyjny wzrost cen, który po roku zanikł. Inflacja niepotrzebnie spadła praktycznie do zera
Dzięki zdecydowanej reakcji podwyższona inflacja się nie utrwaliła i w kolejnych 2 latach mogliśmy się cieszyć z niskiej inflacji i niskich stóp procentowych.
Według październikowej projekcji opracowanej przez ekspertów NBP, inflacja w połowie 2010 roku spadnie poniżej celu, a wzrost PKB nie przekroczy 2 proc. Prezes Sławomir Skrzypek zdradził, że w nowej projekcji inflacja i wzrost PKB mogą być wyższe. Czy stopy procentowe pozostaną na rekordowo niskim poziomie?
Mogłyby takie pozostać tylko wtedy, gdy powróciłby powód, dla którego tak silnie je obniżono, tzn. ponownie zacząłby się rozlewać kryzys w światowej gospodarce
Życzyłbym sobie i nam wszystkim, aby kondycja polskiej gospodarki poprawiała się na tyle szybko, że Rada musiałby podnosić stopy na jednym z pierwszych wspólnych posiedzeń.
Jest oczywiste, że jeśli wzrost gospodarki, a co za tym idzie presja inflacyjna okazałyby się silniejsze niż dziś się przewiduje, wtedy decyzje RPP o ewentualnych podwyżkach stóp musiałyby przyjść szybko. To jest elementarz. Gdyby Rada tego nie zrobiła, to później musiałaby mocniej podnosić stopy. Mielibyśmy wyższą i bardziej zmienną inflację, wyższe i bardziej zmienne stopy procentowe oraz wolniejszy i bardziej zmienny wzrost gospodarki
Dziś najwięksi optymiści mówią o 4,5-proc. wzroście gospodarczym w tym roku.
To mało prawdopodobne. Z takiego spowolnienia, jakiego doświadczyła Polska w zeszłym roku, nie wychodzi się w ciągu roku. Osiągalny jest wzrost gospodarki o około 3 proc. i to przy założeniu, że złoty nie umocni się bardzo wyraźnie.
Polską gospodarkę będzie napędzać przetwórstwo przemysłowe, które pierwsze ucierpiało na kryzysie. Dopiero później poprawę odczuje sektor usług rynkowych. Dzięki lepszemu wykorzystaniu funduszy unijnych i finansowanym z nich inwestycjom infrastrukturalnym, nadal dobrze powinno radzić sobie budownictwo, choć w sektorze prywatnym inwestycje budowlane wciąż będą spadać.
Życie Kowalskich stanie się spokojniejsze. Mniej będzie w nim obaw o pracę, czy spłatę kredytu. Pojawi się więcej szans na podwyżki płac, choć raczej nie będą one duże.
Prezes NBP zapowiedział, że w tym roku bank zacznie publikować projekcję stóp procentowych. Jakie to ma znaczenie, skoro Rada jest do pewnego stopnia nieprzewidywalna?
Rada nie jest, a przynajmniej nie powinna być nieprzewidywalna. Nieprzewidywalne do pewnego stopnia są warunki, w jakich musi ona podejmować decyzje.
Badania dowodzą, że ewentualne korzyści z publikowania przyszłej ścieżki stóp procentowych są niewielkie - mniejsze niż z publikowania ścieżki inflacji i PKB, czy z dobrego poznania sposobu, w jaki ludzie formułują swoje oczekiwania wzrostu cen. NBP publikuje ścieżkę inflacji i PKB od kilku lat, a w badaniach oczekiwań inflacyjnych ma liczący się dorobek.
Z publikacją ścieżki stóp procentowych wiązałby się także inny praktyczny problem. O ile projekcja inflacji i PKB odzwierciedla poglądy ekspertów NBP, o tyle projekcja ścieżki stóp procentowych musiałaby odzwierciedlać poglądy RPP. Tymczasem, każdy członek RPP może inaczej widzieć ścieżkę inflacji i w różnym stopniu tolerować jej przejściowe odchylenia od celu. Problemem byłoby uzgodnienie ścieżki stóp procentowych. Nieprzypadkowo na palcach jednej ręki można policzyć banki centralne publikujące ścieżkę stóp procentowych.
Jak Pan ocenia rządową strategię chodzenia po bandzie - dług publiczny blisko granicy 55 proc. PKB?
Takie chodzenie po bandzie wydaje się być bardziej koniecznością niż strategią przy obecnym składzie parlamentu i uzależnieniu prezydenta od przywódcy opozycji. Znam dziesiątki zmian niezbędnych do ograniczenia rozdętych wydatków publicznych, ale ani jednej, którą byłby skłonny poprzeć prezydent. Tymczasem, bez ograniczenia rozdętych wydatków państwa nie da się trwale zredukować deficytu budżetu, który odpowiada za narastanie długu publicznego. Źródłem deficytu nie są przecież za niskie podatki.
Ten klincz nie zwalnia jednak rządzących, jeśli chcą modernizować kraj, z obowiązku przygotowania potrzebnych zmian - tak, aby można było je szybko wprowadzić wraz z ewentualną zmianą sytuacji politycznej. Mówię o obowiązku, bo uzdrowienie finansów publicznych jest warunkiem koniecznym szybkiego rozwoju, który bywa nazywany cudem gospodarczym. Choroba finansów publicznych, mająca 2 objawy: duży deficyt i wysokie ciężary podatkowe, oraz jedno źródło: rozdęte wydatki państwa jest tym, co najbardziej różni Polskę od tygrysów gospodarczych. Bez rozprawienia się z tą chorobą zapowiadanego cudu gospodarczego nie będzie.
Komisja Europejska oczekuje, że do 2012 roku deficyt spadnie do 3 proc. PKB.
Chciałbym, aby tak się stało, bo długotrwałe utrzymywanie wysokiego deficytu jest kosztowne.
Po pierwsze wysoki deficyt oznacza wyższe podatki w przyszłości.
Po drugie zmusza państwo do zadłużania się a odsetki od tego długu będą ograniczać wydatki państwa na cele prorozwojowe. A te politykom łatwiej ograniczyć niż odbierać przywileje socjalne.
Po trzecie pogłębia nierówności w dochodach między bogatymi a biednymi. Odsetki od długu publicznego państwo płaci osobom już zamożnym, tym które pożyczają mu pieniądze. Natomiast podatki, które państwo ściąga na opłacenie tych odsetek obciążają wszystkich - w tym również najbiedniejszych.
Po czwarte pochłania prywatne oszczędności, które mogłyby finansować inwestycje przedsiębiorstw.
Po piąte zwiększa niepewność co do przyszłych ciężarów podatkowych i stabilności gospodarki, a niepewność nie sprzyja inwestowaniu.
Wreszcie, wywołuje przypływy i odpływy zagranicznego kapitału portfelowego, co powoduje wahania kursu, utrudniające wymianę międzynarodową.
Aby sprowadzić deficyt poniżej 3 proc. PKB do 2012 roku, musielibyśmy od przyszłego roku ograniczać go mniej więcej o 2 proc. PKB rocznie. Przykłady innych krajów, a także nasze własne doświadczenia z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych dowodzą, że jest to wykonalne. W samych tylko krajach posocjalistycznych można wskazać blisko 40 takich epizodów.
Bez szybkiej reformy finansów nie mamy co myśleć o przyjęciu euro w 2015 roku. Warto zaciskać pasa?
Wprowadzenie euro oznacza dla Polski więcej korzyści niż kosztów. Pokazują to wszystkie znane im opracowania poważnych instytucji badawczych, w tym dwa raporty NBP i raport MFW.
Pozbędziemy się wprawdzie własnej polityki pieniężnej, ale koszty tego można minimalizować poszerzając zakres wolności gospodarczej. Koszty te będą tym mniejsze, im bardziej otwarta na wymianę międzynarodową i konkurencję będzie polska gospodarka. Wtedy mniejsze znaczenie będzie miał popyt krajowy, na który "własny" bank centralny mógłby wpływać.
Z kolei im mniej barier, ograniczających konkurencję będzie w niej występować, tym z większą łatwością przedsiębiorstwa będą dostosowywały się do różnych wstrząsów i nie będzie potrzeby sztucznego łagodzenia tych wstrząsów przez krajowy bank centralny.
Skoro korzyści z wprowadzenia euro są wyższe od kosztów nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy z tym zwlekać.
*dr Andrzej Rzońca jest nowopowołanym członkiem Rady Polityki Pieniężnej, wcześniej doradca Leszka Balcerowicza i wiceprezes fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.


.jpg)
