"Balcerowicz to nie stan wojenny"
W Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł, odnoszący się do porównania reform gospodarczych Balcerowicza do stanu wojennego.
link do artykułu
Plan Balcerowicza nie był dowodem pychy elit. Dla mnie jest świadectwem wielkiej pokory wobec rzeczywistości
Reformy Balcerowicza można porównać do wprowadzenia stanu wojennego przez generała Jaruzelskiego - stwierdził dwa dni temu w Radiu TOK FM socjolog Maciej Gdula (ur. 1977) z "Krytyki Politycznej". - Były z tej samej logiki: przeciwko duchowi "Solidarności" i przeciwko ruchowi społecznemu - tłumaczył.
Nie ukrywam - aż mnie zatkało.
Gdy rząd Mazowieckiego wprowadzał reformy, miałam 21 lat i studiowałam filologię polską w brzydkim, brudnym, stłamszonym socjalizmem Krakowie.
Do dziś pamiętam euforię, z jaką żegnaliśmy cenzurę i ZOMO. Pamiętam też strach. Za plecami dyszała pierwsza wolna zima. Co będzie, jak zabraknie węgla? Jak dojedziemy do Krakowa, gdy staną pociągi? Kucharki ze stołówki w Żaczku na okrągło gotowały nam makaron na słodko i żaliły się, że nie można kupić mięsa. Co będziemy jedli?
Chłopi z podkrakowskich wiosek, którzy na Kleparzu sprzedawali jajka, przeklinali komunistów: - Do czego oni ten naród doprowadzili?
- Zrujnowali nas - dorzucali robotnicy z Nowej Huty.
Byliśmy pod ścianą. A ratunek tylko jeden: rząd Mazowieckiego i wolny rynek Balcerowicza. Jeśli się nie powiodą, to - żartowaliśmy posępnie - przyjdzie nam uciekać z Polski. Ostatni zgasi światło.
Demokratyczne debatowanie nad tym, jak wyjść z kryzysu? Takie pomysły nie przychodzą do głowy głodnym i przerażonym ludziom. Gdyby rząd Mazowieckiego wszczął ogólnonarodową dyskusję nad sposobami wyprowadzenia Polski z inflacji, zadłużenia, kolejek i pustych sklepów, uznalibyśmy, że w czerwcu '89 źle wybraliśmy. Że nasi z "Solidarności" nie stanęli na wysokości zadania. Że zwariowali. Że są tyle warci, ile komuchy.
Jeśli więc - idąc za logiką Gduli - reformy Balcerowicza były stanem wojennym, to warto dodać: na bardzo wyraźne żądanie głodnego społeczeństwa. To my - wolni, ale przerażeni - chcieliśmy tych "represji".
Można machnąć ręką, że takie opinie są dowodem, jak kiepsko znają historię niektórzy socjolodzy. Ale sprawa jest poważniejsza. Podobne poglądy reprezentuje nie tylko "Krytyka Polityczna", ale i coraz więcej młodych ludzi. Trudno mieć o to pretensję - urodzony wśród pełnych półek nie jest w stanie zrozumieć kogoś, kto godzinami wystawał po mleko i chleb. Gorzej, gdy takie ahistoryczne myślenie jest wykorzystywane do celów ideologicznych - czy to prawicowych, czy lewicowych. Z tym samym zapałem w osądzaniu przeszłości i nonszalancją dotyczącą realiów, kontekstu politycznego i nastrojów społecznych epoki, do której się odnoszą.
Gdulę wsparł publicysta Jacek Żakowski: - Logika stanu wojennego i reform Balcerowicza wywodzi się z tej samej oświeceniowej pychy. Neoliberałów i komunistów łączyło przekonanie, że elita rozumem dotrze do obiektywnej prawdy i może ją narzucić innym. W tym sensie widzę bliskość tych zdarzeń - mówił w wywiadzie dla czwartkowego "Metra". Choć dodał: - Reformy z 1989 r. miały legitymizację władz wybranych demokratycznie.
Emanacją oświeceniowej pychy była rewolucja francuska. To zaś, co się stało 200 lat później w Polsce, wynikało z czegoś zgoła przeciwstawnego, niż twierdzi Żakowski - właśnie z wielkiej pokory wobec rzeczywistości. Wychowani na oświeceniowej z ducha arogancji wobec realiów komuniści zideologizowali gospodarkę, czym doprowadzili kraj na krawędź katastrofy. Balcerowicz, wskrzeszając w Polsce wolny rynek, oddzielił ideologię od gospodarki. Zakończył wielki i niszczący eksperyment, którego korzenie sięgały buntu pod murami Bastylii.
Pocieszające, że takie opinie jak Gduli i Żakowskiego świadczą też o tym, jak bardzo oddaliliśmy się od świata roku 1989. Jeśli ceną za demokrację, pełne półki i świat bez komunistów ma być wysłuchiwanie bzdur, że Balcerowicz był jak Jaruzelski, warto ją zapłacić.
Źródło: Gazeta Wyborcza
link do artykułu
Plan Balcerowicza nie był dowodem pychy elit. Dla mnie jest świadectwem wielkiej pokory wobec rzeczywistości
Reformy Balcerowicza można porównać do wprowadzenia stanu wojennego przez generała Jaruzelskiego - stwierdził dwa dni temu w Radiu TOK FM socjolog Maciej Gdula (ur. 1977) z "Krytyki Politycznej". - Były z tej samej logiki: przeciwko duchowi "Solidarności" i przeciwko ruchowi społecznemu - tłumaczył.
Nie ukrywam - aż mnie zatkało.
Gdy rząd Mazowieckiego wprowadzał reformy, miałam 21 lat i studiowałam filologię polską w brzydkim, brudnym, stłamszonym socjalizmem Krakowie.
Do dziś pamiętam euforię, z jaką żegnaliśmy cenzurę i ZOMO. Pamiętam też strach. Za plecami dyszała pierwsza wolna zima. Co będzie, jak zabraknie węgla? Jak dojedziemy do Krakowa, gdy staną pociągi? Kucharki ze stołówki w Żaczku na okrągło gotowały nam makaron na słodko i żaliły się, że nie można kupić mięsa. Co będziemy jedli?
Chłopi z podkrakowskich wiosek, którzy na Kleparzu sprzedawali jajka, przeklinali komunistów: - Do czego oni ten naród doprowadzili?
- Zrujnowali nas - dorzucali robotnicy z Nowej Huty.
Byliśmy pod ścianą. A ratunek tylko jeden: rząd Mazowieckiego i wolny rynek Balcerowicza. Jeśli się nie powiodą, to - żartowaliśmy posępnie - przyjdzie nam uciekać z Polski. Ostatni zgasi światło.
Demokratyczne debatowanie nad tym, jak wyjść z kryzysu? Takie pomysły nie przychodzą do głowy głodnym i przerażonym ludziom. Gdyby rząd Mazowieckiego wszczął ogólnonarodową dyskusję nad sposobami wyprowadzenia Polski z inflacji, zadłużenia, kolejek i pustych sklepów, uznalibyśmy, że w czerwcu '89 źle wybraliśmy. Że nasi z "Solidarności" nie stanęli na wysokości zadania. Że zwariowali. Że są tyle warci, ile komuchy.
Jeśli więc - idąc za logiką Gduli - reformy Balcerowicza były stanem wojennym, to warto dodać: na bardzo wyraźne żądanie głodnego społeczeństwa. To my - wolni, ale przerażeni - chcieliśmy tych "represji".
Można machnąć ręką, że takie opinie są dowodem, jak kiepsko znają historię niektórzy socjolodzy. Ale sprawa jest poważniejsza. Podobne poglądy reprezentuje nie tylko "Krytyka Polityczna", ale i coraz więcej młodych ludzi. Trudno mieć o to pretensję - urodzony wśród pełnych półek nie jest w stanie zrozumieć kogoś, kto godzinami wystawał po mleko i chleb. Gorzej, gdy takie ahistoryczne myślenie jest wykorzystywane do celów ideologicznych - czy to prawicowych, czy lewicowych. Z tym samym zapałem w osądzaniu przeszłości i nonszalancją dotyczącą realiów, kontekstu politycznego i nastrojów społecznych epoki, do której się odnoszą.
Gdulę wsparł publicysta Jacek Żakowski: - Logika stanu wojennego i reform Balcerowicza wywodzi się z tej samej oświeceniowej pychy. Neoliberałów i komunistów łączyło przekonanie, że elita rozumem dotrze do obiektywnej prawdy i może ją narzucić innym. W tym sensie widzę bliskość tych zdarzeń - mówił w wywiadzie dla czwartkowego "Metra". Choć dodał: - Reformy z 1989 r. miały legitymizację władz wybranych demokratycznie.
Emanacją oświeceniowej pychy była rewolucja francuska. To zaś, co się stało 200 lat później w Polsce, wynikało z czegoś zgoła przeciwstawnego, niż twierdzi Żakowski - właśnie z wielkiej pokory wobec rzeczywistości. Wychowani na oświeceniowej z ducha arogancji wobec realiów komuniści zideologizowali gospodarkę, czym doprowadzili kraj na krawędź katastrofy. Balcerowicz, wskrzeszając w Polsce wolny rynek, oddzielił ideologię od gospodarki. Zakończył wielki i niszczący eksperyment, którego korzenie sięgały buntu pod murami Bastylii.
Pocieszające, że takie opinie jak Gduli i Żakowskiego świadczą też o tym, jak bardzo oddaliliśmy się od świata roku 1989. Jeśli ceną za demokrację, pełne półki i świat bez komunistów ma być wysłuchiwanie bzdur, że Balcerowicz był jak Jaruzelski, warto ją zapłacić.
Źródło: Gazeta Wyborcza


.jpg)
