"Ludzie pana przeklinają"

W Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł poświęcony transformacji gospodarczej.

link do artykułu


Młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni - tak samo bezradni. Piszą listy: "Co z tego, że w sklepach jest towar, jak nas nie stać na wyżywienie rodziny za miesięczną pensję?"

20 lat planu Balcerowicza
"W przededniu Nowego Roku polskie społeczeństwo piło, śpiewało i tańczyło na ulicach, ponieważ świętowało rok, który przyniósł koniec dominacji komunistycznej. W dniu Nowego Roku obudziło się kompletnie trzeźwe" - piszą Rick Thomas i Andrzej Wiecko w "Newsweeku".

2 stycznia 1990 r. w drodze do ministerstwa Leszek Balcerowicz zerka do sklepów. A tam kto żyw poluje na towary po starych cenach. W warszawskim Sezamie została tylko mąka krupczatka. Cukier przychodzi następnego dnia, już w nowej cenie - 7 tys. zł za kilo. Rok wcześniej kosztował 165 zł. Ekspedientki szepczą przerażone, że kurczaki i schab będą po 20 tys. za kilo: - Ludzie nas pozabijają!


Na stacjach benzynowych zamiast: "do pełna", słychać: "pięć litrów proszę". W lubelskim wydziale komunikacji leży już 10 tys. tablic z wyrejestrowanych samochodów. Kurs taksówką z jednego końca Warszawy na drugi kosztuje 25 tys. zł - tyle, ile do niedawna ekspres do Zakopanego. Kwiaciarki narzekają: - Się wycwanili i kupują jedną gerberę z przybraniem!

Solidarnościowa banda

Miało być tak: ceny poszybują w górę, pensje przestaną rosnąć, kredyty będą drogie. Wypali się pusty pieniądz, inflacja się zmniejszy. Firmy, uwolnione ze smyczy państwa i skuszone perspektywą zysku, zaczną produkować dobre towary. Półki się zapełnią, znikną kolejki, ceny po pewnym czasie się ustabilizują. Stały kurs waluty da ludziom poczucie bezpieczeństwa. Współpracownicy podsuwają Balcerowiczowi raporty ze sklepów i targowisk: - Ceny rosną jak oszalałe! Zakładał, że wzrosną o 45 proc. Wzrosły o 78 proc.!

Pod koniec stycznia w całym kraju jest już 60 tys. bezrobotnych. Dwanaście razy więcej niż miesiąc wcześniej. W lutym okaże się, że produkcja spadła nie o 5 proc., ale o 30!

Waldemar Kuczyński, doradca premiera Tadeusza Mazowieckiego: - Było gorzej, niż przewidywaliśmy. Sądziliśmy, że załamanie produkcji i eksplozja bezrobocia będą niższe. Listonosz znosi do ministerstwa skargi z całego kraju. "Panie Balcerowicz, zwracam się do pana jako herszta tej solidarnościowej bandy rozbójniczej, która dzięki naiwności społeczeństwa dorwała się do koryta i władzy. Prowadzicie politykę eksterminacji narodu. To nie jest żaden program uzdrowienia gospodarki, tylko ludobójstwo" - pisze A.K. z Warszawy. Jerzy Koźmiński, szef sztabu Balcerowicza, nie daje takich listów szefowi do czytania. Co się dzieje? Kiedy te ceny wreszcie zaczną spadać?

Pocałunek masarza

Kwadrans przed godz. 21 w sobotę 27 stycznia Mieczysław Rakowski, ostatni pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, zarządza: "Sztandar wyprowadzić". W poniedziałek po korytarzach Urzędu Rady Ministrów niesie się dobra nowina: "Jaja staniały!". Balcerowicz nie wierzy: - Chcą mnie pocieszyć. W napięciu czekają dwa dni. Faktycznie, jajka kosztują w sklepach i na bazarach mniej niż na początku stycznia. Po kilku dniach przestają rosnąć ceny mleka, masła, chleba.

Kuczyński: - Pamiętam szaleńczą radość po trzech nerwowych tygodniach, gdy wszyscy - krewni, znajomi, gazety - skakali na nas: coście najlepszego narobili. A tu proszę, mieliśmy rację. Reforma działa! Balcerowicz zabiera współpracowników na pizzę. Pierwszy raz od września nie rozmawiają o popiwku, indeksacji i prywatyzacji.

Co kilka dni idzie na miasto, żeby sprawdzić, co nowego. Kupuje skarpety od handlarzy, którzy rozkładają towar na polowych łóżkach. Gdy przechodzi obok nowo otwartego sklepu mięsnego przy pl. Unii Lubelskiej, właściciel wciąga go do środka, częstuje kiełbasą: - Panie, dzięki panu mam ten sklep! - i całuje w czoło uszczęśliwiony.

Sklepy powoli się zapełniają: wędlinami, bananami, pomarańczami, szprotkami w oleju, lalkami Barbie, prawdziwą czekoladą. Kuczyński: - To były pierwsze sygnały, że w Polakach tkwią rynkowe nawyki. Socjalizm ich nie stłumił. Nie brakuje ani jedzenia, ani węgla. Polacy nie spekulują też dolarami - rząd nie musiał sięgać do miliarda dolarów zebranego w funduszu stabilizacyjnym.

Polacy nie dowierzają, że żyją już w innym systemie. Zofia, emerytowana urzędniczka, zapomina, że może co kilka dni kupić kawałeczek wędliny. Gdy wchodzi do rzeźnika, cieszy się, że "trafiła" i kupuje kilogram: - Gdy po raz pierwszy weszłam do sklepu, który wyglądał prawie jak przed wojną, bez opamiętania wydałam całą mężowską rentę.

Bo będzie jak w Argentynie

"Polityka" pyta dyrektorów wielkich zakładów, jak sobie radzą. W tarchomińskiej Polfie przyznają ponuro: - Jesteśmy kandydatem na bankruta. W Ursusie - rozpacz. Dyrektor łódzkich zakładów bawełnianych Uniontex żali się: "Od lat dusi się tę inflację i dusi, a ona sobie chwali... Trudno mi uwierzyć, że tym razem się uda".

Nie potrafią odnaleźć się w nowej, rynkowej rzeczywistości. W sklepach: brzydkie meble, źle skrojone bluzki, szarobure kombinezony dziecięce. Dyrektorzy wciąż wierzą, że wszystko się sprzeda, i windują ceny. Ludzie jednak nie kupują.

- Państwo musi nam pomóc - mówią dyrektorzy podczas targów poznańskich. - Potrzebujemy tanich kredytów i obniżenia podatków. Ludzie chcą też podwyżek pensji.

- Nie ma mowy - odpowiada Balcerowicz. Boi się, że gdy popuści wędzidło, ceny znowu zaczną rosnąć i będzie jak w Argentynie, gdzie inflacja wracała kilka razy. Trzeba zmusić firmy do konkurencji. Jak? Od lipca obniża stawki celne na import.

Półki zapełniają się towarami ze wszystkich stron świata, a dyrektorzy polskich firm narzekają: - Zniszczy nas obcy kapitał!

Balcerowicz powtarza: chodzi o to, żeby polskie firmy produkowały dobre i tanie rzeczy. Takie, które wygrają rywalizację z towarami zagranicznymi. Teraz klient jest panem. 20 lat później Polfa nadal będzie produkować lekarstwa, Ursus - traktory i ciągniki. Uniontex upadł.

Piszę szczerze, w Pana wierzę

Na początku lutego 1990 r. CBOS robi sondaż: jedna trzecia Polaków przyznaje, że w styczniu zabrakło im pieniędzy na życie, prawie wszyscy musieli z czegoś zrezygnować. A jednak ponad 70 proc. ufa Balcerowiczowi. - Sprawy kraju są w dobrych rękach - mówią ankieterom.

To samo powtarzają taksówkarze, do których dzwonią ludzie z URM-u, rozpytując, co pasażerowie mówią o planie Balcerowiczu i samym autorze. Że łebski gość, zna się na tym, co robi, trzeba mu dać czas. Szacunek.

Koźmiński dostaje listy, które może dać szefowi do przeczytania bez strachu, że odbiorą mu chęć do pracy. Stefan, portowiec z Gdańska, pisze: "Jestem na emeryturze od 1982 r., pobieram 703 tys. zł miesięcznie. Nie trzeba nikogo przekonywać, jak trudno jest wyżyć za te pieniądze, lecz z satysfakcją stwierdzam, że moja emerytura dzięki Panu są to prawdziwe pieniądze, za które choć skromnie, lecz mogę wszystkiego po trochu kupić. Jestem przekonany, że córka moja będzie już żyć w normalnym kraju z normalną gospodarką". Alfred ze Świebodzic rymuje: "Nie ma innych racji/ Jak zniszczenie inflacji/ Ja piszę całkiem szczerze/ Że tylko w Pana wierzę/ Nikt nie chce wziąć żyć w biedzie/ Niech Pan mnie nie zawiedzie".

Półtora miesiąca później w Sejmie Balcerowicz powie, że udało się zahamować inflację, zapewnić stabilny kurs złotego i skończyć z państwowym komenderowaniem gospodarką. Ale ludzie dostają niższe pensje, jest bezrobocie, spadła produkcja. Musimy być twardzi, bo to nie koniec.

Jak zdarta płyta

Pod koniec kwietnia Jacek Kuroń, minister pracy, dzwoni do mieszkania Balcerowiczów ze zjazdu "Solidarności" w Gdańsku. - Leszek, przyjeżdżaj szybko, strasznie cię tu atakują.

Związkowcy pytają: - Czy pan wie, że przeklinają pana emeryci, nauczyciele, służba zdrowia?

Balcerowicz: - Mam świadomość nieuchronnej ceny, jaką społeczeństwo musi zapłacić za przestawienie gospodarki na inne tory.

A bezrobocie? - Jest nieuniknionym kosztem gospodarki rynkowej. Firmy muszą same sobie pomóc przez obniżenie kosztów produkcji. Rząd na pewno nie będzie rozdawał pieniędzy.

Balcerowicz zapamięta, że górnik Alojzy Pietrzyk złości się w telewizji: - Słucham tego Balcerowicza. Ciągle gada to samo. Jak zdarta płyta.

Ale ten sam Pietrzyk, gdy w kopalniach szykują się strajki, objeżdża je i przekonuje do cierpliwości: - Pół wieku komuna to wszystko rozwalała, nie da się od razu wszystkiego naprawić. Przejęliśmy bankruta, jak ma być lepiej, to musimy zacisnąć zęby.

Strajki jednak wybuchają. Przybywa bezrobotnych, ubogich, bezdomnych. Stoją w kolejkach po darmową zupę, którą czasem rozlewa osobiście Jacek Kuroń. Młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni - tak samo bezradni. Piszą listy: "Co z tego, że w sklepach jest towar, jak nas nie stać na wyżywienie rodziny za miesięczną pensję?". Taksówkarze donoszą: - Ludzie psioczą, że nie dają rady.

Chłopi w proteście przeciw zbyt niskim cenom skupu mleka wysypują kostki masła przed bramą ministerstwa finansów. Gdy w Mławie blokują drogę, rząd wysyła transporter opancerzony. Akcję obserwuje rolnik Andrzej Lepper i wkrótce zorganizuje podobną, w Darłowie. Na rynek wjadą traktory i odbędzie się symboliczny pogrzeb rolnictwa.

Szokowa terapia dla rodziny

Zza okien Balcerowicz słyszy okrzyki demonstrantów: "Mengele polskiej gospodarki! Balcerowicz musi odejść!".

W gazetach czyta: "Balcerowicz to opancerzony komputer, wszystko przelicza na złotówki, człowiek nic dla niego nie znaczy, tylko gospodarka".

- Na szczęście miałem tyle pracy, że nie mogłem czytać wszystkich gazet i na okrągło oglądać telewizji, więc jakoś to zniosłem - mówi dziś.

Ewa Balcerowicz: - To była szokowa terapia dla rodziny.

Matka Leszka Balcerowicza niechętnie chodzi na toruńskie targowisko. Ile można wysłuchiwać, że rząd Mazowieckiego to Żydzi, którzy niszczą Polskę? Ewa słyszy, jak warszawiacy psioczą na męża w sklepach: "Boże, nic nie wiedzą, nic nie rozumieją, a powtarzają głupoty". W pralni i na gimnastyce przedstawia się panieńskim nazwiskiem. A gdy musi podać właściwe w urzędzie, słyszy: - Od tego Balcerowicza?
- Przypadek - odpowiada.

"Myślałam: jaki los jest dla mnie niesprawiedliwy. Przecież ja w gruncie rzeczy jestem sama, muszę być ojcem i matką. Przecież ten Leszek żyje w okropnym napięciu, czy te reformy wyjdą. Warte to tego? Moich wyrzeczeń i jego wysiłku?" - zwierzyła się trzy lata temu Teresie Torańskiej.

Zeszmacacie nas tymi zupkami

Jacek Kuroń w każdy wtorek po "Wiadomościach" w dżinsowej bluzie, głosem schrypniętym od dziesiątek wypalanych codziennie papierosów przekonuje ludzi, by jeszcze trochę wytrzymali.

Prosi o wpłaty na fundusz SOS dla biednych, rzuca pomysł samopomocowych komitetów osiedlowych, wyprzedaży rzeczy używanych.

Pod koniec życia Kuroń wyrzuca sobie, że zbyt mało zrobił dla ubogich. Wspomni, jak latem 1990 r. wstrząsnął nim krzyk kobiety w Gdańsku: "Idźcie, odejdźcie, zeszmacacie nas tymi zupkami".

Jego przyjaciel Karol Modzelewski nazwie ówczesną działalność socjalną filantropią, a nie systemowym działaniem. Ludzi z bankrutujących zakładów, likwidowanych pegeerów zostawiono samym sobie. - W elitach "S" była taka postawa: trudno, to będzie kosztowało i bolało, ale koszty muszą być, a ból to cena postępu - powie "Gazecie".

Kuczyński: - Systemowa pomoc dla ludzi wymagałaby czasu na porządne, systemowe przygotowanie, a na to czasu nie było. Zwalniani z pracy, bezrobotni absolwenci, ubodzy emeryci potrzebowali pieniędzy natychmiast. Ustawy Kuronia były szczodre, nawet za bardzo.

Koźmiński: - Były zasiłki, waloryzacja rent i emerytur. Oczywiście, byłoby dobrze móc uruchomić jakieś specjalne programy np. dla ludzi z pegieerów. Ale w ciągu tamtych gorączkowych miesięcy walki z inflacją, wprowadzania zasadniczych zmian, reagowania na nowe problemy, zabiegów o przesuwanie spłat długu, a później jego redukcję, trudno było o coś więcej.

7 lipca 1990 r. Sejm przyjmuje ustawę o prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Na pierwszy rzut idą najzdrowsze: Exbud, Kabel, Krosno, Tonsil, Próchnik. Jesienią Ministerstwo Przekształceń Własnościowych (rząd boi się słowa "prywatyzacja") zachęca w prasie: "Niech twój pieniądz wybiera i wchodzi do akcji".

Nagle Polskę obiega wieść, że Lech Grobelny, twórca Bezpiecznej Kasy Oszczędności, uciekł za granicę. Dziesięć tysięcy ludzi, którzy mu zaufali i w nadziei na wysokie oprocentowanie wpłacili pieniądze, straciło dorobek życia. - Prywaciarz to aferzysta - niesie się.

Gdy w Sokołowie Balcerowicz tłumaczy, na czym będzie polegała prywatyzacja, wójt komentuje: - Chłop jest bity, był bity i będzie bity.

Należało powtarzać, że będzie gorzej

Zachodni ekonomiści doceniają reformy w Polsce. Wierzyciele zgadzają się rozmawiać o redukcji długów Gierka i są gotowi dać nowe pożyczki na rozwój firm, nowoczesne technologie, ochronę środowiska. "Fortune" chwali: "Podczas gdy radzieccy sąsiedzi nadal się wahają, odważni Polacy przechodzą od komunizmu do kapitalizmu za jednym zamachem" i pyta: "Czy nadal będą kroczyć tą drogą? Okazuje się ona coraz cięższa".

Do końca roku bezrobotnych będzie milion dwieście tysięcy. Poparcie dla Balcerowicza topnieje jesienią według CBOS do blisko 30 proc. Dziewięciu na dziesięciu Polaków uważa sytuację gospodarczą za złą. Z poczty do Ministerstwa Finansów: "Porobił pan z nas dziadów". "Polityka" komentuje: "Łatwo przyzwyczajamy się do pełnych półek, jedynie pełzającej inflacji, wewnętrznie wymienialnej złotówki czy też miliardów dolarów nadwyżki w handlu zagranicznym".

Kuczyński: - Gdy ludzie godzili się na reformę, mieli nadzieję, że sklepy będą jak na Zachodzie, a praca - jak w PRL-u.

W książce „800 dni” Balcerowicz napisze: „Należało mocniej powtarzać, że »będzie gorzej «, że będzie bezrobocie, konieczność zmiany zawodu, bankructwa przedsiębiorstw, w wielu gospodarstwach domowych trzeba będzie liczyć każdą złotówkę”.

Lekcja dyscypliny

Balcerowicz postanawia ulżyć ludziom - rząd zmniejsza popiwek, obniża stopę oprocentowania kredytów. - To się skończy wzrostem inflacji! - ostrzega szefa bliski współpracownik Marek Dąbrowski. Poddaje się do dymisji. A tu nagle wybucha wojna w Zatoce Perskiej, ceny ropy gwałtownie rosną. Rosja tonie w kryzysie, ogranicza import z Polski. NRD jednoczy się z RFN, nie potrzebuje już naszych towarów. W październiku, gdy pracodawcy podwyższają pensje pracownikom, wraca widmo inflacji. Balcerowicz, choć nie mógł tego wszystkiego przewidzieć, ma nauczkę. Finanse trzeba trzymać krótko.

Innego planu nie mamy

- Program Balcerowicza jest bandycki, ale innego nie mamy - mówi Lech Wałęsa, przewodniczący "S", który niedawno zdecydował się na start w wyborach prezydenckich. Jesienią już wiadomo: w szranki z Wałęsą staje premier Mazowiecki. Choć Balcerowicz trzyma się z daleka od polityki (mówi, że chce osłonić reformy) pojawiają się plotki, że spotyka się z Wałęsą w Lipnie - tam gdzie ten pierwszy się urodził, a drugi chodził do szkoły. - Co za bzdury - denerwuje się Balcerowicz. Pod koniec kampanii wystąpuje w spocie szefa swojego rządu. Mówi, że Mazowiecki to człowiek, któremu warto zaufać.

25 listopada Mazowiecki przegrywa ze Stanisławem Tymińskim - zagadkowym kandydatem z Peru. Dla ludzi "S" to szok. W drugiej turze wygrywa Wałęsa. Dzień później Mazowiecki podaje rząd do dymisji.

Czy Balcerowicz zostanie następnym premierem? Odmawia: - Dla mnie ważna jest kontynuacja programu gospodarczego. Trzeba prywatyzować i inwestować. Coraz silniej ujawnia się wielki potencjał przedsiębiorczych młodych Polaków. Niech nam tylko politycy nie przeszkadzają.

Prezydent elekt Wałęsa proponuje premierostwo Janowi Olszewskiemu, szanowanemu adwokatowi opozycjonistów w PRL, ale stawia warunek - dogadać się z Balcerowiczem. Olszewski próbuje, ale ostatecznie rezygnuje z misji. Chodzą plotki, że nie tylko z powodu Balcerowicza. Wałęsa dzwoni do Balcerowicza: - Jeśli sam nie chce być pan premierem, to niech pan da swoje propozycje.

Dwa tygodnie później po zaprzysiężeniu w Sejmie prezydent zapowiada: - Plan Balcerowicza będzie kontynuowany. Sam Balcerowicz zostaje wicepremierem i ministrem finansów w nowym rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, liberała z Gdańska. Pracę zaczynają od kilkutygodniowej wojny ze związkowcami o utrzymanie popiwku.

Proszę gdzieś wywieźć Leszka

Jesień 1991 r. Najbliżsi widzą, że z Balcerowiczem niedobrze. Ciężka choroba, depresja? Nie sypia, cierpi na skoki ciśnienia, bolą go mięśnie. Pewnego wieczoru do mieszkania Balcerowiczów przyjeżdża premier Bielecki i namawia Ewę: - Proszę gdzieś wywieźć Leszka, musi się zregenerować.

Następnego dnia rano żona zagradza drzwi: - Nie ma mowy, żebyś w tym stanie szedł do pracy.

Spędzają dwa tygodnie poza Warszawą. Sami, bez dzieci.

Anna z Łodzi pisze do Balcerowicza list: „Jestem emerytką. Mam dorosłych pracujących synów w rodzinie. Mówią mi: »Mamo, ty nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo się u nas zmieniło. Już teraz prawie nie ma różnicy między Zachodem a Polską. Można dostać wszystko. Tylko zarobki jeszcze są mniejsze, ale i to stopniowo się poprawi «. Proszę, niech Pan sobie nie bierze do serca nierozsądnych i niedelikatnych wypowiedzi”.

Coś za coś

Balcerowicz odchodzi razem z rządem Bieleckiego pod koniec 1991 r. Jeszcze jako pełniący obowiązki premiera zdąży podpisać traktat stowarzyszeniowy z EWG, wcześniej odwiedza dwukrotnie Moskwę, gdzie spotyka się dwa razy z Gorbaczowem i Jelcynem.

Kiedy odchodzi w Polsce działa już wtedy prawie milion prywatnych firm, firemek, punktów usługowych. Zatrudniają półtora miliona ludzi. Sklepy są pełne, nie ma kolejek, rośnie eksport. Zachód odpuszcza nam część długu. Ale stopa bezrobocia wynosi 11 proc., państwowe zakłady bankrutują. - W gospodarce jest zawsze coś za coś - napisze Balcerowicz w książce "800 dni". Podobno pod koniec urzędowania nie raz powtarzał: "Ambitne zadania miewają gorzkie zakończenia".

Podczas przygotowywania tekstu korzystałam m.in. z książek: Leszek Balcerowicz, 800 dni. Szok kontrolowany (współpraca: Jerzy Koźmiński, zapisał: Jerzy Baczyński), Warszawa 1992; Witold Gadomski, Leszek Balcerowicz, Warszawa 2006; Waldemar Kuczyński, Zwierzenia zausznika, Warszawa 1992; Jarosław Kurski, Jan Nowak Jeziorański, Warszawa 2005 oraz z artykułów publikowanych w Gazecie Wyborczej oraz w Polityce


Powrót
 
 
 
           
 
Towarzystwo Ekonomistów Polskich | 02-554 Warszawa, Al. Niepodległości 162
BRE Bank S.A. Rachunek Nr: 27 1140 1010 0000 5150 0500 1001
KRS: 0000203796; NIP: 525 21 33 281; REGON: 011197735