Jacek Fedorowicz - Konferencja Jubileuszowa

"Ze wspomnień pasożyta"

Jacek Fedorowicz

Ze wspomnień pasożyta

Jestem dla Jana Winieckiego czymś w rodzaju jemioły. Huby. Pijawki. Pasożytowałem na nim wiele lat temu i może niezbyt długo, ale epizod ten na zawsze wrył mi się w pamięć. Ostatecznie nie każdemu i nie co dzień zdarza się pasożytować na Winieckim.
Pasłem się na nim i wypasłem. Zdobyłem – zupełnie niespodziewanie – prestiżową Nagrodę Kisiela dla najlepszego w kategorii publicystów zajmujących się lansowaniem kapitalizmu, w skali tylko jednego roku co prawda, ale i tak jest się czym chwalić. Był rok 1994. W pierwszym odruchu uczciwości (krótkotrwałym na szczęście) chciałem się podzielić nagrodą z tym, któremu ją zawdzięczałem, z Winieckim, ale trudności ze znalezieniem odpowiedniego aparatu do cięcia metalu spowodowały opóźnienie, które pozwoliło na opamiętanie się i w efekcie od pomysłu podziału odstąpiłem.
Podział nagrody musiałby polegać na cięciu, ponieważ rok 1994 był pierwszym (podobno) rokiem, w którym zrezygnowano z wręczania laureatom kwot pieniężnych (jakich? czy były jakieś w istocie? nie wiem, a nie wypadało pytać) i poprzestano – to dla odmiany wiem na pewno – na tradycyjnej, solidnej, pięknej, odlanej z brązu rzeźbie stanowiącej przetworzony, odrealniony nieco, portret Stefana Kisielewskiego, ojca tej nagrody, promującej wówczas najlepszego w danym roku publicystę, polityka, czyli osoby propagujące kapitalizm w sferze słowa i prawa oraz – to trzecia konkurencja – przedsiębiorcę czyli praktyka, uprawiającego kapitalizm czynnie. Rzeźbę mam w domu i dumny z niej jestem niezmiennie do dziś.
Ale – jako się rzekło – niezupełnie zasłużenie.
Jak było opowiem.
W 1989 poprzez fakt odzyskania niepodległości straciłem głównego wroga – komunistyczną władzę. Przez lata była ona dla mnie niezwykle wygodnym celem ataków, bo raz, że rzeczywiście nienawidziłem tej władzy i wszystkiego, co ze sobą niosła, a dwa, atakami tymi zaskarbiłem sobie wdzięczność licznych widzów i słuchaczy radiowych. Powiem nieskromnie: na początku lat 90. byłem bardzo popularny. Popularność tę postanowiłem spożytkować w sposób zgodny z moimi poglądami i sumieniem obywatelskim, propagując kapitalizm właśnie, ponieważ uznałem, że po odzyskaniu niepodległości i zastąpieniu władzy komunistycznej władzą demokratycznie wybraną, najważniejszą pracą do wykonania jest zastąpienie skażonej socjalizmem mentalności rodaków, mentalnością normalną. Nazywam ją normalną, bo socjalizm, czy jak nazwiemy to, czym nas przez 40 lat dręczono, to dla mnie było zawsze wynaturzenie. Dewiacja. Bezprzykładne kretyństwo kreowane na jedynie słuszną ideologię i jedynie słuszny zbiór prawideł, które – siłą, a jakże! – miały nas doprowadzić do świetlanej przyszłości.
Tak myślałem o socjalizmie, zdawałem sobie jednak sprawę, że ten pogląd – choć może czasem deklarowany przez większość – nie jest przez większość tak naprawdę wyznawany. 40 lat ogłupiania ludzi od przedszkola po doktorat zrobiło swoje. W gruncie rzeczy większość chciała kapitalistycznych pensji za socjalistyczną pracę. Kapitalizm tak, ale wszędzie dookoła. W naszym zakładzie – po staremu. Natychmiastowy zbyt całej naszej produkcji zapewniony odgórnie. Żadnej redukcji zatrudnienia. Sklepy mają być pełne towaru, ale ceny regulowane przez państwo, żeby wredni handlowcy nie zarabiali za dużo i żeby wszystkich było stać na wszystko. Pamiętam wzruszająco idiotyczne hasło ówczesnego przywódcy niesolidarnościowych związków zawodowych, Alfreda Miodowicza: indeksacja zarobków. Zarobki klasy robotniczej miały wzrastać dokładnie według wzrastających cen. Bez związku z czymkolwiek innym. NSZZ „Solidarność” szybko zresztą doszlusował do tych żądań, a nawet wysuwał własne, równie mądre.
Ci zaś, którzy instynktownie czuli, że takie myślenie nie ma wielkiego związku z normalnym myśleniem ekonomicznym, nie mieli niestety wiedzy praktycznej o działaniu kapitalizmu. Do takich ludzi zaliczałem się również ja. Niedostatek tej wiedzy doprowadził mnie przed oblicze Winieckiego.
Oblicze było łagodne i życzliwe. Chętne do współpracy.
Zdradziłem mój szatański plan: oto popularny artysta, który dotychczas wszystko wyśmiewał, w radiu, telewizji, prasie, w filmie i na scenach kabaretowych zabawiał rodaków uciesznymi historyjkami głównie o życiu w socjalizmie, choć i o innych sprawach też, ale w każdym razie nic tylko zabawiał, nagle odchodzi od tego zajęcia, by poświęcić się akcji uświadamiającej traktowanej bardzo serio, aczkolwiek podawanej – w miarę możliwości – w lekkiej formie. Fakt oddania się tej sprawie powinien zwrócić uwagę publiczności na doniosłość problemu i skłonić do wysłuchania pogadanek (radiowe one być miały), a może nawet i do zapamiętania z nich tego, czy owego.
Śmichy chichy przestały mieć społeczną doniosłość. Nadszedł czas Wielkiej Odbudowy kraju po spustoszeniach dokonanych przez socjalistyczną paranoję. Chciałem dołożyć swoją cegiełkę.
Centrum Imienia Adama Smitha załatwiło kącik na antenie Radia ZET. Rozmowy odbyły się według nowych zasad kapitalistycznych i były czymś w rodzaju pierwszej lekcji praktycznej dla mnie, bo Radio na wstępie przedstawiło swój cennik za reklamę i próbowało przekonać, że to pan Fedorowicz powinien płacić radiu za udostępnienie anteny (szalone pieniądze), by po długich targach zgodzić się wreszcie na płacenie honorarium za cykl felietonów autorskich panu Fedorowiczowi (takie sobie pieniądze).
I tu na arenę dziejową wkracza Winiecki. Ponieważ moja wiedza ekonomiczna była zerowa, musiałem się przyssać do kogoś, kto ją ma i Winiecki okazał się podłożem do przyssania odpowiednim. Tłumaczył kolejne problemy jasno
I zwięźle. Podejrzewam, że czasem niezgodnie ze swym sumieniem naukowca, które cierpiało przy zbyt już uproszczonych uproszczeniach. Były one jednak konieczne, bo w sensie ekonomicznym mieliśmy być nauczycielami w szkole dla dzieci szczególnie zapóźnionych. A w dodatku niechętnych, bo znacznie milej przecież słucha się Miodowicza, który domaga się wyższych płac, niż ludzi, którzy tłumaczą, że wyższe płace to może i owszem, ale nie za sam fakt obecności w pracy. Lub w ogóle egzystencji – o czym przekonana była ogromna liczba rodaków.
W sumie nieźle się złożyło, że nie byłem i nadal nie jestem zorientowany w temacie, który był przedmiotem naszego nauczania, bo – i to poczytuję sobie za główny walor całego cyklu – dochodząc stopniowo do jakiego takiego zrozumienia tłumaczonych mi przez Winieckiego zasad, pojęć, zdarzeń, czy mechanizmów działania, zapamiętywałem każdorazowo tę moją drogę dojścia do rozumu i starałem się poprowadzić słuchacza dokładnie tą samą drogą. W nadziei, że zaczynając od zera, coś łatwiej w ten sposób złapie. Czy złapał? Chciałbym wierzyć, że coś nie coś. Fachowcy ocenili akcję nieźle, o czym świadczy wspomniana nagroda Kisiela, a potem wydana przez Centrum im. Adama Smitha książeczka pod – jakże skromnym – tytułem „Wielka Encyklopedia Kapitalizmu”.
Pisząc o Winieckim napisałem głównie o sobie, ale tak to zawsze jest jak prosi się artystę, żeby napisał, albo powiedział coś o innym artyście. Bo Winiecki, choć przedstawia się skromnie jako li tylko wierny i wieloletni odbiorca tekstów satyrycznych, kabaretowych, rozrywkowych i choć rzeczywiście jest ich wielkim kolekcjonerem i wybrednym znawcą, to sam też jest artystą, co udowadnia w swej twórczości felietonowej, operując obficie i swobodnie żartem, paradoksem i drwiną.
Skoro wreszcie mówię o nim, to dopowiem jeszcze, że jako autor nie ma w sobie ni cienia tej łagodności, którą sygnalizuje obliczem i jeżeli coś mu się nie podoba, to wali bez ogródek, z pełnym zaangażowaniem, z pasją, z ogniem i przytupem. Czuje się, że w każdą sprawę, o której pisze – a bywa to najczęściej walka z kolejną zdiagnozowaną przez niego pozostałością socjalistyczną w zdrowiejącym ciele naszego kapitalizmu – jest zaangażowany emocjonalnie. Winiecki jest postrachem ekonomicznego ciemnogrodu, śni się po nocach każdemu prawdziwemu socjaliście, a Joanna Senyszyn straszy nim dzieci. Sama staje przy tym oczywiście w bezpiecznej odległości, aby Winiecki przez porównanie nie wypadał zbyt łagodnie.

Jacek Fedorowicz




Pliki:
Wspomnienia_pasożyta_JF[1].doc
DSC_0014.JPG
DSC_0054.JPG
DSC_0018.JPG
Powrót
 
 
 
           
 
Towarzystwo Ekonomistów Polskich | 02-554 Warszawa, Al. Niepodległości 162
BRE Bank S.A. Rachunek Nr: 27 1140 1010 0000 5150 0500 1001
KRS: 0000203796; NIP: 525 21 33 281; REGON: 011197735